Przez długi czas myślałam, że medytacja musi wyglądać w określony sposób: proste plecy, zamknięte oczy, cisza, poduszka i przynajmniej kilkanaście minut nieruchomego siedzenia. I choć bardzo cenię tę formę praktyki, zauważyłam, że nie zawsze jest ona najlepszym punktem startowym – szczególnie wtedy, gdy jestem zmęczona, przebodźcowana albo wewnętrznie rozedrgana.
Z czasem odkryłam, że ruch – zwłaszcza spokojny spacer – może być łagodnym i naturalnym wprowadzeniem do medytacji. Nie zamiast siedzenia, ale jako pierwszy krok. Jako sposób na oswojenie się z obecnością.
Ruch jako łagodne wejście w obecność
Spacer jest czymś naturalnym. Nie wymaga specjalnego przygotowania ani zmiany planu dnia. Idziemy tak czy inaczej – do pracy, po zakupy, z psem, po dziecko.
Kiedy zaczęłam traktować spacer jako przestrzeń do ćwiczenia obecności, zauważyłam subtelną zmianę. Nie próbowałam „medytować idealnie”. Po prostu zwalniałam odrobinę i kierowałam uwagę na to, co dzieje się tu i teraz.
Na kontakt stóp z ziemią.
Na rytm kroków.
Na oddech, który sam się reguluje.
Na dźwięki miasta albo szum drzew.
Ruch pomagał mi nie dlatego, że był bardziej „skuteczny” niż siedzenie, ale dlatego, że był bliższy mojemu aktualnemu stanowi. Ciało mogło się poruszać, a umysł stopniowo się wyciszał.
Ćwiczenie skupienia w codzienności
Spacer jako medytacja to w gruncie rzeczy praktyka skupienia. To wybór, aby przez kilka minut być naprawdę tam, gdzie jestem, zamiast w głowie analizować przeszłość albo wybiegać w przyszłość.
Czasem skupiam się tylko na jednym elemencie – na oddechu albo na krokach. Innym razem rozszerzam uwagę i pozwalam sobie zauważać więcej: kolory, światło, temperaturę powietrza na twarzy. To proste ćwiczenie obecności, które nie wymaga ciszy w domu ani idealnych warunków.
Zauważyłam, że taka forma praktyki uczy mnie tego samego, co medytacja siedząca: wracania. Wracania z myśli do ciała. Z napięcia do oddechu. Z rozproszenia do chwili obecnej.
Różnica polega jedynie na tym, że uczę się tego w ruchu.

Dlaczego spacer może być dobrym początkiem
Dla wielu osób – szczególnie tych, które mówią „nie potrafię medytować” – spacer bywa bezpieczniejszym początkiem. Nie ma w nim presji bezruchu ani oczekiwania, że w kilka minut zapanuje całkowita cisza w głowie.
Można zacząć od pięciu minut uważnego chodzenia.
Od jednego oddechu w połowie drogi.
Od świadomego postawienia pierwszego kroku.
Z czasem taka praktyka buduje w nas zdolność do bycia tu i teraz, a kiedy ta zdolność się wzmacnia, medytacja siedząca staje się bardziej dostępna i mniej konfrontująca.
Nie musimy wybierać jednej formy na zawsze. Możemy pozwolić sobie na etapy.
Iść – żeby nauczyć się zatrzymywać
Dziś patrzę na spacer jak na przygotowanie gleby pod zasadzenie ziarna – dlaczego? Bo dla mnie to sposób, by ciało i umysł łagodnie nauczyły się obecności, zanim usiądę w ciszy. Czasem spacer jest moją główną praktyką. Innym razem wstępem do głębszej medytacji.
Najważniejsze jest dla mnie to, że nie muszę zmuszać się do formy, na którą jeszcze nie jestem gotowa. Mogę zacząć tam, gdzie jestem – w ruchu, w drodze, w codzienności.
Medytacja nie zaczyna się od idealnej pozycji.
Zaczyna się od chwili uważności. 🌿
